Etykiety

piątek, 12 sierpnia 2016

Bo jak nie my, to kto?

             To oczywiście słowa piosenki zespołu Mrozu/Tomson. To też z pewnością może być tytuł kolejnego wpisu na bloga, który właśnie czynię.  ;)

AGNIESZKA, KRYSIA I NATALIA - TRZY SZALONE BIBLIOTEKARKI...


 
[Na zdj. od lewej Agnieszka i Krysia. Wakacje 2016, organizowane przez GOK i GBP w Lipnie]


           




          





                               



             
[Na zdj. Natalia. Wakacje 2016, organizowane przez GOK i GBP w Lipnie]



















               Każda z nas zaczęła pracę w bibliotece w innym czasie. Jestem, (niestety) wiekowo i stażem… najstarsza. (Czasem nawet chyba za bardzo „matkuję” – wybaczcie, dziewczyny!) Każda z nas jest z innej bajki. Każda na swój sposób inna, choć jedna do drugiej podobna. Spotykamy się często, by omawiać przeróżne pomysły, projekty… Dzielimy się cennymi uwagami, doświadczeniami. Ustalamy co, jak, z czym, by każda impreza biblioteczna, każde spotkanie i każde wydarzenie miało „ręce i nogi”.
Jeżeli któraś z nas nie jest do jakiegoś projektu przekonana, zaraz o tym dyskutujemy. Szukamy plusów i minusów, słabych i mocnych stron. Oczywiście, zdarza się i tak, że przy okazji spotkania dotyczącego pracy (niekoniecznie w bibliotece), schodzimy na całkiem inne tematy. Dzięki temu, nawet z niepozornego dialogu,  może powstać coś spontanicznego, kolejny pomysł na nasze biblioteczne akcje.

 
[Na zdj. od lewej Natalia i Krysia - Stoisko biblioteczne podczas Wielkanocy w Tradycji, 2014r.]

            Wszystkie mamy jakieś pasje, marzenia i plany. Nie da się jednak ukryć, że wszystkie największą pasję mamy do PRACY :) Jesteśmy od niej uzależnione i nie tak łatwo z tego nałogu się wydostać. Jesteśmy dla siebie wsparciem w chwilach zwątpienia, cieszymy się nawet z najmniejszego sukcesu, tworzymy „całość”. Nie udajemy przyjaźni, nie gramy. Jesteśmy tu i teraz! Pracujemy i przyjaźnimy się.


 
[Na zdj. od lewej Natalia i Agnieszka. Wakacje 2016, organizowane przez GOK i GBP w Lipnie]

[Na zdj. Krysia, podczas malowania muralu w GBP w Lipnie]




















            














                Dlaczego tak dobrze się rozumiemy? Przede wszystkim w pracy (i nawet w codziennych stosunkach międzyludzkich), potrzebna jest dobra komunikacja. Komunikacja odgrywa ważną rolę, by stworzyć pozytywne relacje między ludźmi, a to jak się komunikujemy, odzwierciedla równocześnie to, jak widzą i postrzegają nas inni.
Wszystko, co robimy, staramy się robić z zaangażowaniem, a nawet jak coś nie wyjdzie za pierwszym razem, za drugim na pewno się uda!




[Na zdj. Agnieszka, podczas nagrywania filmiku do Narodowego Czytania Lalki. Akcja "Nakręć się na czytanie", 2015 r.]


                  Chcemy tworzyć nowe formy spotkań kulturalnych, chcemy wyjść naprzeciw oczekiwaniom użytkowników, naprzeciw nowoczesności. Chcemy pokazać, że biblioteka odgrywa bardzo ważną rolę w życiu, że nie ma w niej barier i każdy może do niej wpaść, jak do dobrego znajomego.


I jeszcze na koniec, dopiszę, że bardzo lubimy wyzwania! Staramy się z bardzo trudnego na pozór „zadania”, zrobić całkiem fajną rzecz. Dlaczego my? Dlaczego chcemy? Bo jak nie my, to kto?….



[Na zdj. Krysia i Natalia. Wspólne wyjście z okazji Dnia Bibliotekarza :) Zdjęcie robi Agnieszka ]


ps. Dziewczyny, dziękuję za to, że praca z wami, to sama przyjemność! 



Agnieszka

czwartek, 11 sierpnia 2016

Znalezione między regałami

Jest taki typ czytelników, którzy potrafią spędzić nawet godzinę przeszukując regały. Pytam, czy im w czymś pomóc – odpowiadają, że nie. Nic więcej nie mówią. Nie podają tytułów, autorów. O nic nie pytają. Po pewnym czasie łatwo ich już rozpoznać. Są zdeterminowani, ale cierpliwi. Szukają, aż znajdą tę jedną, jedyną, której… prawdopodobnie wcale nie szukali, to ona na nich czekała. Przynoszą na biurko, a ja patrzę na okładkę i doznaję szoku: o rany zawsze chciałam to przeczytać?!?! W tym momencie przez chwilę ze sobą walczę, ale nie ma innej możliwości… trzeba wypożyczyć ;) Pan Janek należy do tego typu czytelników. Jest naszym wyszukiwaczem, szperaczem, detektywem. Książki które wyszukuje, wygrzebuje, odkrywa, czytają później inny czytelnicy – szczęśliwi, że ktoś odłożył taką książkę na wózek zwrotów. Pan Janek nie zdaje sobie nawet sprawy, ile osób znalazło swoją książkę dzięki niemu. Pan Janek przeczesuje regały z historią i literaturą piękną, lubi starszych autorów, polskich i rosyjskich. Szuka książek zapomnianych. Pani Ewa lubi powtarzać: „Natalka tutaj są takie książki, których czasami nie można znaleźć w dużych bibliotekach, a u nas są”. I ma rację, są. Pan Janek też o tym wie, dlatego cierpliwie przeszukuje regały.

P.S. Skoro już mowa o książkach „znalezionych” między regałami, wypadałoby pokazać jakiś dowód. Oto najnowsze „znaleziska”:

Pianola – pierwsza powieść Kurta Vonneguta, utrzymana w stylistyce science fiction. Przedstawia wizję świata opanowanego przez maszyny, które decydują o życiu ludzi. Główny bohater zaczyna wątpić w idealny, zmechanizowany system. Ciekawa, ironiczna powieść. Powstała w 1952 roku, wtedy właśnie zaczyna rodzić się era komputerów w Stanach Zjednoczonych. Vonnegut podchodzi do sprawy dość stronniczo. Maszyny nie tylko zastępują ludzi, ale odbierają im możliwość podejmowania decyzji. Choć nie jest to takie arcydzieło jak „Rzeźnia numer 5”, trudno przejść obok tej książki obojętnie.

Ray Bradbury, 451° Fahrenheita. Strażacy już nie gaszą pożarów. Do ich zadań należy palenie książek. Stąd tytuł 451 stopni Fahrenheita, bo właśnie w tej temperaturze zaczyna palić się papier. Władzy zależy na tym, żeby w pełni podporządkować sobie społeczeństwo. Ludzie spędzają całe dnie wpatrzeni w telewizyjne ekrany. Władza oczywiście decyduje o przekazywanych informacjach. Książki z racji tego, że pobudzają do samodzielnego myślenia, stają się wrogiem numer 1. Strażak Guy Montag podobnie jak bohater Pianoli uświadamia sobie absurd systemu, co staje się punktem zwrotnym. 451° Fahrenheita – wizja zagłady umysłów, ciekawa misja ratunkowa, powieść absolutnie uniwersalna, genialna, polecam. Na podstawie książki powstał również film o tym samym tytule, ale o tym innym razem.

P.S. 2.
Starałam się w miarę obiektywnie zaprezentować powyższe „znaleziska”, ale obawiam się, że plan zawiódł. Prawdopodobnie dlatego, że jestem fanką science fiction tak w literaturze, jak i w filmie. Wiele osób sądzi, że ten gatunek przedstawia odrealnione wizje rzeczywistości. Nic bardziej mylnego, fikcja jest często tylko pryzmatem, przykrywką, żeby pokazać tysiące bardzo ludzkich, aktualnych problemów. Czy pisarze science fiction są wizjonerami? Wydaje mi się, że są po prostu dobrymi obserwatorami  ludzkiej natury, dlatego….
Ech… to nie miał być wpis o science fiction….

Natalia

wtorek, 26 lipca 2016

Z książką w plecaku


   Moja miłość do literatury górskiej zaczęła się gdy przypadkowo trafiłam na książki Jona Krakauera. Tak się złożyło, że pierwsza wcale nie była o górach, a to od niej wszystko się zaczęło. Była to książka Into the Wild, literatura faktu i ciekawa choć smutna historia. Into the Wild opowiada o Chrisie McCandlessie, który szukał swoich ideałów na łonie natury, z dala od cywilizacji. Udał się na Alaskę lecz zderzenie z dziką naturą okazało się dla niego zgubne. Film, który powstał na podstawie książki w reżyserii Seana Penna jest także wart polecenia. Piękne zdjęcia oraz świetna ścieżka dźwiękowa w wykonaniu Eddiego Veddera tworzą cudowne tło tej historii. 


 


Wraz z In to the Wild pożyczyłam od znajomych także inną książkę Krakauera, za którą zabrałam się natychmiast po przeczytaniu pierwszej. Ta książka była o górach a właściwie o jednej górze, nosiła tytuł Into thin air (Wszystko za Everest). Sam Krakauer poza tym że jest pisarzem, dziennikarzem to jest też alpinistą. Pisze tak by podtrzymać napięcie, ze szczyptą sensacji, być może dlatego tak wciągająca jest lektura. Potem zaczęłam sięgać po inne tego typu książki: K2. Triumf i tragedia (Jim Curran), Wspinaczka (Anatolij Burkiejew), Mieszane uczucia (Greg Child), Długi film o miłości (Jacek Hugo Bader), Seria: Polskie Himalaje (Wydanie gazety wyborczej). Zarywałam noce by czytać o serakach, szczelinach na lodowcu, atakach szczytowych, poręczówkach, lawinach…
I w końcu Dotknięcie pustki – książka, która dotąd wywarła na mnie największe wrażenie. Joe Simpson w Dotknięciu pustki opowiada swoją wyprawę w peruwiańskie Andy, na którą wybrał się wraz z przyjacielem by wejść na dotąd niezdobytą Siula Grande. Jest to niesamowita historia o odwadze, przyjaźni, miłości do gór i niebywałej woli przetrwania. Pamiętam że czytałam ją latem w 30 stopniowych upałach o których udawało mi się całkowicie zapominać myślami będąc w świecie lodowych ścian, i nawisów śnieżnych. Z początku książka wymaga by wysilić wyobraźnię, szczególnie gdy pojawiają się fachowe terminy i trudno zobrazować sobie krajobraz surowych szczytów Andów pokrytych śniegiem, który tworzy różne formy i konstrukcje – to kominy, to nawisy, to żleby, garby, rynny itp. Ale gdy już trochę pogimnastykujemy wyobraźnię to właściwie czujemy jakbyśmy tam byli, wraz z bohaterami zdobywamy górę, która stawia coraz większe wyzwania, zaskakuje, przeraża. Po jej zdobyciu, gdy już wydawało się że największe trudności zostały przez wspinaczy pokonane, że teraz to już bułka z masłem, że właściwie pozostaje prosta droga w dół, jedno zachwianie i Joe łamie nogę. No dobra, od złamanej nogi się nie umiera… chyba że jest się na wysokości kilku tysięcy metrów w pionowej ścianie pokrytej lodem i kruchym śniegiem… Nie ma windy, nie ma schodów, ani kolejki linowej, jest za to dotknięcie pustki. Czytając odczuwa się emocje opisywane przez bohaterów wydarzenia. Niewiarygodne stają się ich zmagania z bezlitosną naturą. Opis samotności i strachu w krajobrazie niemal księżycowym, tak dalekim od ciepłego domu, przyprawia o dreszcz.



Alpiniści to bardzo specyficzne środowisko - indywidualiści, trochę szaleńcy, niektórzy nazywają ich samobójcami (!) Okazuje się, że to także często świetni pisarze. Polecam literaturę górską nie tylko tym zakochanym w górach, ale też każdemu kto lubi dreszczyk emocji, thriller bez zarzynania się siekierą za to z pięknymi widokami zapierającymi dech w piersi, z walką ale z własnymi słabościami. Polecam też ją tym, którzy lubią niewiarygodne lecz prawdziwe historie, troszkę adrenaliny i ryzyka, bez wychodzenia z domu. A może właśnie kogoś zachęci do tego by z domu wyjść, poza wieś, poza miasto, gdzieś tam…

Krysia

wtorek, 3 listopada 2015

Dlaczego bibliotekarze nie czytają książek... w bibliotece?



W powszechnym wyobrażeniu bibliotekarz cały dzień spędza na czytaniu i wypożyczaniu książek czytelnikom. Czasami chciałabym być czytelnikiem, zamiast bibliotekarzem. Ale tylko czytelnikiem, 24 godziny na dobę. Szczególnie, gdy po sprawdzeniu propozycji czytelników, przeczytaniu recenzji i zamówieniu książek, a potem ich  opracowaniu i oprawieniu, przychodzi ten moment, gdy chcesz je wszystkie przeczytać, ale nie masz na to czasu i w dodatku musisz je oddać... czytelnikom. Wtedy przychodzi taka myśl, żeby zamknąć się na cały weekend w bibliotece (śmiertelnie narażając się rodzinie swoją nieobecnością), przygotować sobie zapas kawy, najlepiej w kroplówce, i czytać ile się da, do oporu, aż powieki spuchną do tego stopnia, że nie da się już ich otworzyć. No cóż, pomarzyć zawsze można, ale pora wrócić do rzeczywistości.  





Ostatnio uświadomiłam sobie, że wyjaśniam znajomym na czym polega moja praca. Bardzo chciałabym, żeby ktoś słysząc „pracuję w bibliotece”, usłyszał „pracuję nad różnymi ciekawymi projektami, inspirację czerpię z książek, z codzienności, z filmów, z przyrody, popkultury, promuję w ten sposób czytanie, współorganizuję spotkania, akcje, projektuję plakaty, w jednej chwili jestem trochę księgową od statystyk, potem animatorem, za chwilę redaguję tekst, piszę scenariusz lekcji bibliotecznej, dopracowuję jeszcze dwa kolejne projekty, szukam książek dla czytelników, itd”. Jestem takim bibliotekarzem, którego możesz spotkać w swojej bibliotece: wiejskiej, miejskiej, narodowej, w Lipnie, w Wenecji czy Toronto. W naszym zespole kochamy to, co robimy, jesteśmy tutaj dla Ciebie czytelniku i czytamy oczywiście książki..., ale w domu :)

Natalia


środa, 28 października 2015

Wartości nowości


Są takie chwile w życiu bibliotekarza…kiedy w ciężkim kartonie wtargane zostają do biblioteki nowe książki. Choć zawsze wiąże się to z dodatkową pracą, godzinami spędzonymi z nosem w rejestrze, z nosem w katalogu, z nosem w każdej nowej książce… żeby te tomiska zaksięgować, opracować, owinąć, wyprasować, zanim trafią w ręce czytelników, to zawsze z uśmiechem witamy kuriera przynoszącego nam karton z nowościami i cieszymy się jakby to był gwiazdkowy prezent. Tak się składa, że jak na bibliotekarki przystało, mamy fioła na punkcie książek, każda w trochę inny sposób. Natalia uwielbia zapach nowego druku, Agnieszka ceni sobie najbardziej wszystkie retro wydania, i nie obojętna jest jej faktura papieru, ja natomiast kładę nacisk na kolor okładki i graficzne kompozycje – oczywiście jeśli chodzi o stronę estetyczną, bo jeśli mowa o treści – to również  nasze upodobania co do książek się różnią. Łączy nas jedno: w książkach widzimy nie tylko papier, litery i historię zamkniętą w środku… książka to dla nas podróż i inspiracja. I tak to jest, że mając przed sobą kilka stosów nowych książek, najpierw oglądamy je z zaciekawieniem równym temu które mają małe dzieci oglądając obce, tajemnicze dla nich przedmioty i zachwycamy się wszystkim, począwszy od formy kończąc na treści... i tak niby zwykłe książki, kupa papieru, nic wielkiego (za cenę tych książek można spokojnie sobie kupić cztery kiecki, dwie pary szpilek, pójść do fryzjera, kosmetyczki, na masaż, do kina i jeszcze zostanie na piwo). Tylko że wartość tego co jest w tych książkach znacznie przewyższa cenę jaką za nie się zapłaciło i nagle się okazuje, że tam, po otwarciu jednej, drugiej, trzeciej książki w środku jest cały świat, a nawet więcej! Tysiące przygód, mądrości, wiedzy, śmiechu, łez… Bardzo cieszy nas zawsze widok nowych książek, bo to zwiastuje nowe przeżycia, nowe doświadczenia, nowe pomysły i cieszy nas też to, że możemy się nimi z wami dzielić. Nie ma nic lepszego w pracy bibliotekarza niż widok zachwytu i fali radości na twarzy czytelnika, który trzyma w ręku upragnioną, podaną przez nas książkę i mówi że to jest to czego szukał, na co czekał, że cudownie że to jest, że już nie może się doczekać kiedy będzie czytać… Cieszą nas te wszystkie rozmowy, których początkiem jest książka, cieszy nas pasja z jaką czytelnicy opowiadają nam swoje ulubione lektury, dzięki temu wiemy, że ludzie wciąż kochają książki, co jest pociechą w tym coraz bardziej skomputeryzowanym świecie krótkich komunikatów, pośpiesznych transakcji i ciągłej sprzedaży wszystkiego. I może nie całkiem zdehumanizowany jest ten współczesny homo sapiens, skoro może przez godziny być pochłonięty lekturą,  to może też  zdolny wciąż jest do tego by jeden z drugim pomilczeć, popatrzeć w oczy, porozmawiać niespiesznie,  pomarzyć… Z marzeń powstają na lodzie pałace, a wszystko, często zaczyna się od książki…


"Książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę, mówiła Patricia. Dzięki nim uczysz się, mądrzejesz, podróżujesz, marzysz, wyobrażasz sobie, przeżywasz losy innych, swoje życie mnożysz razy tysiąc. Ciekawe, czy ktoś da ci więcej za tak niewiele. Pomagają też odpędzić różne złe rzeczy – samotność, upiory i tym podobne … Czasem się zastanawiam, jak możecie znieść to wszystko wy, które nie czytacie."
                                       Arturo Pérez-Reverte  "Królowa Południa"


Krysia


poniedziałek, 19 października 2015

Jesienna pociecha



Jesień całkiem się rozszalała. Granatowe chmury, zimne wieczory, jeszcze zimniejsze poranki, szron na szybach, wiatr w kominie, zmarznięte dłonie i tylko jedna rękawiczka, bo jak się gubi to zawsze tylko jedna…(!) Wszystko tak jakby wolniej i tak jakby smutniej, po urlopie zostały tylko wspomnienia, które powoli przykrywa jesienna mgła. Jesień ma swój specyficzny, melancholijny urok za co lubię ją bardzo, lecz brak słońca na dłużej daje się we znaki. Jednak, jeśli tylko odrobinę się postarać by nie poddać się zanadto ponurym nastrojom, to taka jesienna deprecha zamieni się w jesienną pociechę. Mam na to kilka sprawdzonych sposobów. Przede wszystkim, na przekór chłodom i wiatrom warto wyjść z domu i biegać, tańczyć, spacerować czy jeździć na rowerze. Produkcja endorfin i poprawa krążenia gwarantowana. Ruch to zdrowie, stara prawda. A jeśli widok za oknem odbiera nam chęci do tego by się trochę rozruszać, to za motywację może posłużyć kilka porywających utworów z mojej prywatnej kolekcji. Dla wszystkich, co tak jak ja, zawsze mają zimne ręce i nienawidzą wstawać rano. Parę dźwięków z przytupem do waszej ulubionej fizycznej aktywności:


Hercules and love affair - Blind

Editors - Papillon
Littre Dragon - Paris
Kings of  Leon - Velvet snow
Charlie Winston - Lately
Built To Spill – ‘Goin’ Against Your Mind.
Alexis Jordan - Happiness
Animal Collective - Brother Sport
OutKast – Hey Ya!
The Killers - All These Things That I've Done
The Strokes - Reptilia
Stereophonics – Dakota
Vampire Weekend – Campus
Awolnation – Burn It Down




Krysia



środa, 23 września 2015

Czasami po prostu wychodzimy z siebie...

Zdarzyło nam się to już dwa razy i raczej na tym nie poprzestaniemy. Idea jest prosta: zabieramy książki na bookcrossing, karty do zapisu do biblioteki, sezonowe owoce, kawę, herbatę, ciasto i ruszamy w teren. Najlepiej gdzieś niedaleko biblioteki w razie gdyby ktoś chciał skorzystać z jej "pełnej wersji". Oto krótka fotorelacja z akcji "Biblioteka wychodzi z siebie" :)









wtorek, 22 września 2015

U NAS SZTYWNE SĄ TYLKO OKŁADKI;)


Na wstępie musimy się przyznać, że wiele naszych projektów powstaje dość spontanicznie. Czasami wystarczy jedno pytanie, w tym przypadku zadane przez Agnieszkę:

- Dziewczyny piszemy bloga?

- Tak.

Oczywiście spontaniczność raczej nie wpisuje się w STEREOTYP bibliotekarza, podobnie jak pewna doza szaleństwa, aktywne i prężne działanie. Między innymi z tego też powodu powstał ten blog. Pragniemy pokazywać naszą pracę od kuchni, dzielić się naszymi pomysłami, inicjatywami. Mamy trochę doświadczenia z różnych dziedzin i mnóstwo pomysłów na to, jak promować czytelnictwo. Najczęściej są to dość niestandardowe projekty, budzące niekiedy zdziwienie, ale tak postrzegamy naszą rolę jako bibliotekarzy. Najważniejszy jest dla nas kontakt z czytelnikiem, biblioteka to dla nas PRZESTRZEŃ relacji, spotkań, wymiany poglądów. Możemy ją przenieść gdziekolwiek chcemy: na boisko, do parku, na ulicę – tak wyglądają nasze akcje, gdy „wychodzimy z siebie”. W samej bibliotece łamiemy wszelkie zasady: dzieci mogą swobodnie się bawić, przeglądać książki na dywanie, na poduszkach. Urządziłyśmy nocowanie w bibliotece, wspólne gminne czytanie, spotkanie łączące wystawę o kobietach i konsultacje z kosmetyczką oraz wiele, wiele innych akcji. Korzystamy z dziedziny animacji kultury, a przy tym bawimy się w redaktorów, grafików, menadżerów, piszemy projekty itd.  Uff :) nasze rodziny najczęściej po zakończeniu jednego przedsięwzięcia pytają: „to, co robicie następnym razem”. Niestety – dla nich – zawsze pada jakaś odpowiedź.



Kilka słów o każdej z nas. Uwaga, za każdym razem, gdy pojawia się słowo „bibliotekarz” oznacza ono niestandardowe wykonywanie tego zawodu, wbrew powszechnym stereotypom ;)



Agnieszka – „matka Polka”, zawozi czytelnikom książki na rowerze, radzi, doradza, dba i kocha swoją pracę. Inicjatorka założenia bloga i wielu innych akcji. Z wykształcenia bibliotekarz, z zamiłowania bibliotekarz, po pracy też bibliotekarz. Uwielbia styl prowansalski w dobrym guście, rowerowe przejażdżki, kocha przyrodę – z wyjątkiem pająków. Gdy robimy wspólną kawę najczęściej pije ją zimną, bo w tym czasie wypełnia stosy dokumentów i załatwia tysiące spraw.



Krysia – w sposób niekontrolowany kocha muzykę, góry i zwierzęta, szczególnie psy. Z wykształcenia socjolog, z zamiłowania bibliotekarz-artysta. Pełni nieoficjalną funkcję grafika, wykonuje projekty plakatów, ulotek, zaproszeń, w wolnej chwili uczy nas swojego warsztatu. Równie szalona jak pozostałe, popija magnez kawą, jeździ pandą bez klimatyzacji, słucha bardzo głośno muzyki, tańczy, fotografuje.



Natalia – poważnie uzależniona od kawy, seriali i kabaretu „Potem”. Z wykształcenia polonista i kulturoznawca, z zamiłowania bibliotekarz-animator. Poprawia błędy, pisze, skrobie, dłubie na papierze, na klawiaturze. Zdarza się, że tylko ona potrafi odczytać swoje pismo, ale na bieżąco, im więcej czasu upłynie, tym jest trudniej ;) Kocha muzykę, zwierzęta, taniec (choć zawsze powtarza, że nie umie tańczyć) i przede wszystkim uwielbia przybijać pieczątki, zwane „piecząkami”.

poniedziałek, 14 września 2015

W poszukiwaniu straconego kabla

Każdy z nas kiedyś tego doświadczył, a jeśli do tej pory niezawodnie i bez zarzutu działał Wam internet w pracy, w domu, a szczególnie w pracy.. to można tylko pozazdrościć. Spokojnie, przecież to tylko mała usterka, wszystko będzie dobrze… maile, projekty, głuchy telefon... Poniedziałek rano. Przybywa na pomoc pan monter. Jesteśmy uratowane! Niestety, pojawiają się komplikacje. No cóż złośliwość przedmiotów martwych ... Okazuje się, że w takich przypadkach najważniejsze jest wybranie odpowiedniej strategii radzenia sobie w sytuacji kryzysowej :) Oto nasza propozycja:



 Rozdział I
Stary kabel i morze – może będzie działał internet a może nie.
Kablu wróć! i jeszcze Kablu gdzie jesteś?
Do tego Cierpienia młodego kabla a może nawet W 80 dni dookoła kabla.
W każdym razie przez cały tydzień trwały Podróże kabla.





Rozdział II
Wszyscy zastanawiali się jakie jest Imię kabla.
Kabel i komnata tajemnic albo Akademia pana kabla. Kto wie.
Trwała nierówna walka: Ogniem i kablem
A na koniec: Zbrodnia i kabla.


Rozdział III
Drużyna kabla zastanawiała się kim jest Władca kabli Ktoś chyba krzyknął: W stronę kabla może Kubuś Fatalista i jego kabel. Tak trwała Gra w kable, my oczywiście śpiewałyśmy w tym czasie Odę do kabla, mając wrażenie że zaraz Rozdziobią nas kruki i kable. Aż w końcu nastąpił upragniony Powrót kabla ;)


Natalia





wtorek, 8 września 2015

Nakręcone na czytanie


My także w niestandardowy sposób postanowiłyśmy włączyć się do akcji: Narodowe Czytanie "Lalki". Zobaczcie jak nam wyszło...oglądajcie, komentujcie.





wtorek, 18 sierpnia 2015

Czy to już jest pracoholizm?

Czekasz cały rok na urlop. Dwutygodniowy urlop! Czujesz ten dreszczyk emocji (szczególnie przed dłuższym wyjazdem). Wyliczasz, co będziesz robić: opalanie, czytanie zaległych książek, spędzanie czasu tylko z rodziną, zwiedzanie… czyli ogólne „wylogowanie” się z życia codziennego.

W końcu wyjeżdżasz. Mijasz po drodze wiele pięknych miejsc, marzysz, by kiedyś tam powrócić. Dojeżdżasz do celu. Hurra! Plaża, zimne napoje, morze – ciepłe morze, w którym możesz pływać bez przerwy, plus całodzienne opalanie. Dookoła cudowne widoki – oprócz morza otaczają Cię niekończące się pasma górskie. Jesteś w raju! Czytasz, pływasz, zwiedzasz, spędzasz czas z rodziną.





Mija tydzień i … powoli czar pryska. Mąż zaczyna Cię drażnić, dziecko upominasz, że za dużo czasu spędza w wodzie. Plażę i okolicę znasz już na pamięć. Zaległe lektury już przeczytałaś. Nagle mąż rzuca Ci propozycję: „a może przedłużymy pobyt?”. Przerażenie w Twoich oczach, ale zgadzasz się – dla dobra rodziny. W końcu jechałaś kilkanaście godzin do tego raju, więc tak zaraz wracać z powrotem? I niby znów Ci się podoba, ale zaczynasz męczyć się w ciągłej temperaturze prawie 40 stopni Celsjusza (codziennie). Zaczynasz mieć dosyć języka obcego, wyłapujesz w tłumie różne słówka (oprócz polskich), nie możesz się na niczym skupić a w między czasie piszesz nerwowo sms-y do koleżanek z pracy, czy przypadkiem Cię nie potrzebują, co robią, czy wszystko w porządku…
I oto przychodzi dzień powrotu do domu. :) W radosnym nastroju żegnasz się z właścicielami wynajmowanego domu, (spakowana jesteś już od wczoraj), dziękujesz za gościnę i wyjeżdżasz. W drodze rozmawiasz z mężem i synem o tym, jak było pięknie. Wieziesz ze sobą pamiątki dla bliskich (dla koleżanek z pracy również). Jesteś na miejscu. Spotykasz się z rodziną, oglądacie wspólnie zdjęcia, opowiadasz jak było świetnie. Mówisz, że za rok koniecznie trzeba powtórzyć wyjazd – może tylko w inny region… Nadchodzi wyczekiwany poniedziałek, czyli powrót po dłuższej przerwie do pracy. Wchodzisz do znanego Ci od wielu lat miejsca, otwierasz szeroko okno, oglądasz każdy kącik – czy przypadkiem nic się nie zmieniło podczas Twojej nieobecności i… bierzesz głęboki oddech. Nareszcie! Wróciłam!
Dopiero teraz czujesz się zrelaksowana i wypoczęta. :)


*Pracoholizm (uzależnienie od pracy) – rodzaj uzależnienia psychicznego, objawiającego się obsesyjną i wewnętrzną potrzebą ciągłego wykonywania pracy, kosztem innych czynności, również rodziny, snu i odpoczynku. W moim przypadku, również kosztem urlopu…


Agnieszka

środa, 29 lipca 2015

Weekend w Berlinie (pozostaje niedosyt)


Nie będę ukrywać, że uwielbiam podróżować. Podróż pozwala mi odpocząć od codzienności, tak po prostu, po ludzku robię sobie od czasu do czasu reset. Dystans w sensie fizycznym pozwala mi też zdystansować się psychicznie, wracam do domu zawsze z nowym, świeżym spojrzeniem na te same, stare sprawy. Zatem zaczynamy. Miasto. Trzy dni. Cztery przyjaciółki. Willkommen in Berlin. A na końcu garść subiektywnie przydatnych informacji.


Berlin Hauptbahnhof 

Miasto kontrastów. Zwiedzając miasto odbieram je jako całość: architekturę, sieć komunikacyjną, miejsca które polecają przewodniki i te, które omijają szerokim łukiem, miasto zza okna tramwaju i przemierzane pieszo. Jestem z gatunku tych wzrokowców, którzy zwracają uwagę nawet na kształt kosza na śmieci i kolor siedzeń na stacji metra. Jakby tego było mało szukam  w tym wszystkim jakiejś spójności, czegoś co wybija się na pierwszy plan i powtarza się w kolejnych miejscach, które odwiedzam. Można to nazwać duszą miasta, atmosferą, wrażeniem. Przemierzając Berlin pieszo, kolejką, metrem i autobusem miałam trudny orzech do zgryzienia. Berlin wydaje się być miastem niespójnym pod każdym względem, nic tutaj pozornie do siebie nie pasuje: postkomunistyczna wieża telewizyjna, Brama Brandenburska nawiązująca do budowli greckiego Akropolu i do tego niezwykłe graffiti na murze berlińskim. W pewnym momencie zorientowałam się, że magia tego miejsca tkwi właśnie w tej „niespójności”: różnorodność w architekturze (od Alexanderplatz po Muzeum Pergamońskie), sztuce, którą oferują nam muzea (od antyku po współczesność), mieszanka kultur i stylów, a do tego dobrze nam znana historia (mur berliński, Charlie Checkpoint). Bardzo trudno oddać ducha tego miasta słowami, jest tak niesamowite, że po prostu trzeba je zobaczyć na własne oczy.  

Polecam wymienione powyżej miejsca, a w szczególności Wyspę Muzeów (pięć monumentalnych, światowej sławy muzeów: m. in.: Pergamońskie, Bodego, czy też Stara Galeria, bogaty przegląd sztuki począwszy od starożytności). Wprawdzie zastały nas tam ogromne kolejki, ale to tylko potwierdza, że nie można tego miejsca pominąć. 


Wyspa Muzeów (widok na Starą Galerię Narodową) na rzece
Sprewie

Stara Galeria Narodowa (Wyspa Muzeów) z perspektywy
oczekujących w kolejce :)

Idąc dalej tym szlakiem warto zajrzeć do Muzeum Fotografii i koniecznie do Muzeum Żydowskiego. Tutaj muszę się chwilę zatrzymać. To był ostatni punkt na naszej mapie zwiedzania Berlina. W pewnym momencie, pojawiła się w nas obawa, czy nie popełniłyśmy błędu, odwiedzając to muzeum na końcu, spodziewałyśmy się trudnych i przygnębiających w odbiorze ekspozycji. No cóż, nic bardziej mylnego. Po pierwsze muzeum podzielone jest na okresy historyczne, prezentuje zatem historię Żydów w Niemczech od 4 w. n.e. po czasy współczesne. Po drugie forma: treści prezentowane są zarówno w formie materiałów prasowych, ale także poprzez fotografię, film, rzeźbę i wiele, wiele innych. Spora ilość eksponatów ma formę interaktywną, jako zwiedzający stajemy się jednocześnie uczestnikami i współtwórcami, jest w tym element gry, edukacji. Po trzecie zwiedzamy to miejsce, a raczej doświadczamy go w przeróżnych pozycjach, oglądamy fotografie stojąc, filmy możemy obejrzeć wchodząc na specjalny podest albo siadając w fotelu. Eksponaty są rozmieszczone w przeróżny sposób w przestrzeni, niekiedy po prostu nas otaczają, innym razem spacerujemy pomiędzy betonowymi blokami (Ogród Wypędzonych), próbując utrzymać równowagę na pochyłym gruncie. Odbieramy to miejsce zatem wszystkimi zmysłami. Muzeum składa się z dwóch budynków, część zaprojektowana przez Libeskinda  ma kształt ściśniętej, połamanej gwiazdy Dawida. 

Ogród Wypędzonych (Muzeum Żydowskie)

Muzeum Żydowskie, budynek Libeskinda, widok z Ogrodu Wypędzonych

Warto wygospodarować sobie kilka godzin na zwiedzanie tego muzeum, ponieważ wrażenia są niepowtarzalne. Dodatkowo tematyka zahacza o wielokulturowość i jak tego możemy się spodziewać w wielu miejscach spotykamy rodzime wątki. W muzeum jest także restauracja, można na chwilę usiąść i się posilić. To dobry pomysł, bo jak wspominałam nie sposób wpaść tutaj na pół godziny i przebiec pomiędzy salami. (No chyba, że goni nas ochroniarz, któremu nagle przypomniało się, że nasza torba jednak powinna zostać w szatni, bo gabarytami odpowiada niektórym eksponatom :) )

Garść subiektywnie przydatnych informacji

Jak dojechać: do końca roku polski przewoźnik kolejowy oferuje nam bilety już od 16 euro. Trzeba jednak kupować z wyprzedzeniem. Podróż trwa około 2,5 godziny. Szybko, wygodnie i jeśli się uda to jeszcze tanio :) Polecam, choć na pewno są także dobre połączenia autobusowe, a znam też takich którzy wolą swoje cztery kółka.

Karty zniżkowe. Warto przyjrzeć się takim ofertom jak:  Museum pass Berlin (trzydniowa) oraz Berlin Welcome Card (48h, 72 h lub 5 dni), w cenie od 20 euro. Pierwsza oferuje bezpłatny wstęp do 50 muzeów z listy (tylko na stałe wystawy), z drugą jeździmy komunikacją za darmo, a bilety do muzeów kupujemy z rabatem i dodatkowo mamy zniżki w wybranych restauracjach i barach. Szczegóły tutaj (uwaga ceny na miejscu mogą być wyższe): 

Komunikacja: na pierwszy rzut oka plan wszystkich linii wygląda jak kadr z Incepcji, po jakimś czasie orientujemy się, że dojedziemy praktycznie wszędzie (jak zawsze z wyjątkami)  i o każdej porze. Warto zapamiętać oznaczenia środków transportu( U-Bahn to metro, S-Bahn czyli kolejka miejska,  autobusy: M, N, X, TXL). Polecam również zaopatrzyć się w dobrą mapę albo aplikację na telefon. Uwaga biletomaty (przynajmniej na dworcu głównym) mają polską wersję językową :) a bilety całodobowe są ważne zawsze do 3.00 nad ranem dnia następnego. Nam najbardziej opłacał się całodniowy bilet grupowy do 5 osób (strefa AB):  Kleingruppen-Tageskarten w cenie 16,90 euro. Jeśli chodzi o bilety polecam stronę http://www.s-bahn-berlin.de/en/tickets-fares/tickets. Na koniec nie mogę się powstrzymać i muszę podkreślić, że Berlin komunikacyjnie to raj dla rowerzystów: dużo wypożyczalni rowerowych, własne pasy na jezdni! dla rowerzystów i atmosfera wzajemnego zrozumienia wśród uczestników ruchu :)



Sentymentalne podsumowanie: Berlin po prostu trzeba zobaczyć. Trzydniowy pobyt w Berlinie to dość optymalna propozycja, ale pozostaje niedosyt i już dzisiaj wiem, że na pewno tam wrócę.

Natalia

wtorek, 28 lipca 2015

Go South!



Wśród kolorowych magazynów z reklamami drogich perfum, z wyretuszowanymi paniami na okładkach, poradników kulinarnych z tysiącami przepisów na dania do zjadania i do oglądania, pośród przeróżnych czasopism z naszej bibliotecznej półki najbardziej lubię Świerszczyka. Dwutygodnik dla dzieci w wersji wznowionej, który zaskakuje i za każdym razem kiedy pojawia się nowy numer wywołuje uśmiech na twarzy za sprawą zabawnych ilustracji i bogatej, mądrej treści. Jest w nim mnóstwo inspiracji dla dzieci, dla rodziców, dla nauczycieli i wreszcie dla bibliotekarzy, a dla tych szalonych bibliotekarzy, to na pewno wielkie źródło szalonych pomysłów. W naszej pracy Świerszczyk pomógł nam nie raz. Twórcy tego magazynu zasługują na duże uznanie! Dla mnie, osobiście, czasopismo to, to podróż do dzieciństwa. Ta część dzieciaka która we mnie została jest bardzo uradowana czytając te zawiłe rymowanki i oglądając fantazyjne ilustracje. Ostatni numer od razu wzbudził mój entuzjazm, bo na okładce latająca koza nad szczytami gór! Kiedy ja właśnie chciałam napisać coś o górach, kiedy zatęskniło mi się za chłodnym, górskim powietrzem, za pejzażem pofalowanego i postrzępionego horyzontu, za wilgotnym skalnym dotykiem, za lekkim wirowaniem w głowie kiedy patrzy się w dół, za przyspieszonym biciem serce na szlaku za szemraniem wody w strumieniu…
Szrenica







Pod Strzechą Akademicką
Mogłabym wymieniać i wymieniać…miłośnicy gór wiedzą o co chodzi. Jest ich na pewno wielu, tych co przemierzają górskie szlaki na całym świecie wzdłuż i w szerz. Ja natomiast, szczególnie kocham nasze, polskie góry, które wcale nie kończą się na Zakopanem i Karpaczu. Zachęcam każdego do poznania zakamarków różnorodnych terenów górskich, które w większości zajmują południowy kraniec Polski. W moim przypadku miłość do gór rozpoczęła się wcześnie w dzieciństwie w Karkonoszach, do tej pory pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie wieczorny widok Kotliny Jeleniogórskiej przez okna groszkowego malucha zjeżdżającego z Przełęczy Okraj. Potem zachwycałam się już każdą stromizną, każdym pochyleniem terenu, skalistym zboczem, tryskającym wodospadem. I pokochałam wędrówki po karkonoskich szlakach, potem Tatry, Góry Izerskie, Stołowe, Kotlina Kłodzka. 

Wodospad Szklarka
Góry piękne są o każdej porze dnia i nocy, wiosną, latem, zimą a zwłaszcza jesienią. W Górach Izerskich można w nocy obserwować gwiazdy na niebie nie zaśmieconym nadmiarem sztucznego światła, można zjeść pyszne naleśniki z jagodami nocując w Chatce Górzystów, magicznym miejscu, na Hali Izerskiej, gdzie zazwyczaj hula wiatr a w środku można ogrzać się przy kominku. Wśród regałów z książkami które podpierają prawie każdą tam ścianę przechadzają się koty i psy bardzo sympatycznych, gościnnych właścicieli. Karkonosze urzekają różnorodnością szlaków, które poprowadzą w otuloną zboczami dolinę małego i wielkiego stawu przy schronisku Samotnia lub w górę ku Śnieżce gdzie we włosach tańczy wiatr a pod stopami przepastne przestrzenie. Góry Stołowe goszczą nas w swoich korytarzach między skalnymi formacjami Szczelinca i Błędnych Skał. Tatry, ah! Zapierają dech w piersiach…Wiele miejsc chciałabym jeszcze zobaczyć dlatego wciąż często będę odwiedzać polskie góry.


Pod Giewontem
 Dla mnie góry mają coś magicznego, nie potrafię nawet tego do końca wytłumaczyć, może zacytuję fragment świerszczykowego wierszyka autorstwa  Natalii Usenko:

Ten z was, kto w górach nie był ani razu,
Może powiedzieć:
-To kupa głazów!
Góry? To bura kamieni fura!
Jest strasznie nudna. Trochę ponura.

Bo skąd ma wiedzieć, że to są czary?
Że tam po deszczu mgliste opary
Powstają z dolin jak armia duchów,
Tak piękne że aż coś ściska w brzuchu…
Że w górach, w ciemnych grotach pod ziemią,
Na swoich skarbach smoczyska drzemią?
A ten kto wejdzie na sam szczyt góry,
Zobaczy z bliska słońce i chmury?
A kiedy zejdzie, nawet po latach,
Wie, że stał kiedyś na szczycie świata?(...)

Krysia
Chatka Górzystów