środa, 29 lipca 2015

Weekend w Berlinie (pozostaje niedosyt)


Nie będę ukrywać, że uwielbiam podróżować. Podróż pozwala mi odpocząć od codzienności, tak po prostu, po ludzku robię sobie od czasu do czasu reset. Dystans w sensie fizycznym pozwala mi też zdystansować się psychicznie, wracam do domu zawsze z nowym, świeżym spojrzeniem na te same, stare sprawy. Zatem zaczynamy. Miasto. Trzy dni. Cztery przyjaciółki. Willkommen in Berlin. A na końcu garść subiektywnie przydatnych informacji.


Berlin Hauptbahnhof 

Miasto kontrastów. Zwiedzając miasto odbieram je jako całość: architekturę, sieć komunikacyjną, miejsca które polecają przewodniki i te, które omijają szerokim łukiem, miasto zza okna tramwaju i przemierzane pieszo. Jestem z gatunku tych wzrokowców, którzy zwracają uwagę nawet na kształt kosza na śmieci i kolor siedzeń na stacji metra. Jakby tego było mało szukam  w tym wszystkim jakiejś spójności, czegoś co wybija się na pierwszy plan i powtarza się w kolejnych miejscach, które odwiedzam. Można to nazwać duszą miasta, atmosferą, wrażeniem. Przemierzając Berlin pieszo, kolejką, metrem i autobusem miałam trudny orzech do zgryzienia. Berlin wydaje się być miastem niespójnym pod każdym względem, nic tutaj pozornie do siebie nie pasuje: postkomunistyczna wieża telewizyjna, Brama Brandenburska nawiązująca do budowli greckiego Akropolu i do tego niezwykłe graffiti na murze berlińskim. W pewnym momencie zorientowałam się, że magia tego miejsca tkwi właśnie w tej „niespójności”: różnorodność w architekturze (od Alexanderplatz po Muzeum Pergamońskie), sztuce, którą oferują nam muzea (od antyku po współczesność), mieszanka kultur i stylów, a do tego dobrze nam znana historia (mur berliński, Charlie Checkpoint). Bardzo trudno oddać ducha tego miasta słowami, jest tak niesamowite, że po prostu trzeba je zobaczyć na własne oczy.  

Polecam wymienione powyżej miejsca, a w szczególności Wyspę Muzeów (pięć monumentalnych, światowej sławy muzeów: m. in.: Pergamońskie, Bodego, czy też Stara Galeria, bogaty przegląd sztuki począwszy od starożytności). Wprawdzie zastały nas tam ogromne kolejki, ale to tylko potwierdza, że nie można tego miejsca pominąć. 


Wyspa Muzeów (widok na Starą Galerię Narodową) na rzece
Sprewie

Stara Galeria Narodowa (Wyspa Muzeów) z perspektywy
oczekujących w kolejce :)

Idąc dalej tym szlakiem warto zajrzeć do Muzeum Fotografii i koniecznie do Muzeum Żydowskiego. Tutaj muszę się chwilę zatrzymać. To był ostatni punkt na naszej mapie zwiedzania Berlina. W pewnym momencie, pojawiła się w nas obawa, czy nie popełniłyśmy błędu, odwiedzając to muzeum na końcu, spodziewałyśmy się trudnych i przygnębiających w odbiorze ekspozycji. No cóż, nic bardziej mylnego. Po pierwsze muzeum podzielone jest na okresy historyczne, prezentuje zatem historię Żydów w Niemczech od 4 w. n.e. po czasy współczesne. Po drugie forma: treści prezentowane są zarówno w formie materiałów prasowych, ale także poprzez fotografię, film, rzeźbę i wiele, wiele innych. Spora ilość eksponatów ma formę interaktywną, jako zwiedzający stajemy się jednocześnie uczestnikami i współtwórcami, jest w tym element gry, edukacji. Po trzecie zwiedzamy to miejsce, a raczej doświadczamy go w przeróżnych pozycjach, oglądamy fotografie stojąc, filmy możemy obejrzeć wchodząc na specjalny podest albo siadając w fotelu. Eksponaty są rozmieszczone w przeróżny sposób w przestrzeni, niekiedy po prostu nas otaczają, innym razem spacerujemy pomiędzy betonowymi blokami (Ogród Wypędzonych), próbując utrzymać równowagę na pochyłym gruncie. Odbieramy to miejsce zatem wszystkimi zmysłami. Muzeum składa się z dwóch budynków, część zaprojektowana przez Libeskinda  ma kształt ściśniętej, połamanej gwiazdy Dawida. 

Ogród Wypędzonych (Muzeum Żydowskie)

Muzeum Żydowskie, budynek Libeskinda, widok z Ogrodu Wypędzonych

Warto wygospodarować sobie kilka godzin na zwiedzanie tego muzeum, ponieważ wrażenia są niepowtarzalne. Dodatkowo tematyka zahacza o wielokulturowość i jak tego możemy się spodziewać w wielu miejscach spotykamy rodzime wątki. W muzeum jest także restauracja, można na chwilę usiąść i się posilić. To dobry pomysł, bo jak wspominałam nie sposób wpaść tutaj na pół godziny i przebiec pomiędzy salami. (No chyba, że goni nas ochroniarz, któremu nagle przypomniało się, że nasza torba jednak powinna zostać w szatni, bo gabarytami odpowiada niektórym eksponatom :) )

Garść subiektywnie przydatnych informacji

Jak dojechać: do końca roku polski przewoźnik kolejowy oferuje nam bilety już od 16 euro. Trzeba jednak kupować z wyprzedzeniem. Podróż trwa około 2,5 godziny. Szybko, wygodnie i jeśli się uda to jeszcze tanio :) Polecam, choć na pewno są także dobre połączenia autobusowe, a znam też takich którzy wolą swoje cztery kółka.

Karty zniżkowe. Warto przyjrzeć się takim ofertom jak:  Museum pass Berlin (trzydniowa) oraz Berlin Welcome Card (48h, 72 h lub 5 dni), w cenie od 20 euro. Pierwsza oferuje bezpłatny wstęp do 50 muzeów z listy (tylko na stałe wystawy), z drugą jeździmy komunikacją za darmo, a bilety do muzeów kupujemy z rabatem i dodatkowo mamy zniżki w wybranych restauracjach i barach. Szczegóły tutaj (uwaga ceny na miejscu mogą być wyższe): 

Komunikacja: na pierwszy rzut oka plan wszystkich linii wygląda jak kadr z Incepcji, po jakimś czasie orientujemy się, że dojedziemy praktycznie wszędzie (jak zawsze z wyjątkami)  i o każdej porze. Warto zapamiętać oznaczenia środków transportu( U-Bahn to metro, S-Bahn czyli kolejka miejska,  autobusy: M, N, X, TXL). Polecam również zaopatrzyć się w dobrą mapę albo aplikację na telefon. Uwaga biletomaty (przynajmniej na dworcu głównym) mają polską wersję językową :) a bilety całodobowe są ważne zawsze do 3.00 nad ranem dnia następnego. Nam najbardziej opłacał się całodniowy bilet grupowy do 5 osób (strefa AB):  Kleingruppen-Tageskarten w cenie 16,90 euro. Jeśli chodzi o bilety polecam stronę http://www.s-bahn-berlin.de/en/tickets-fares/tickets. Na koniec nie mogę się powstrzymać i muszę podkreślić, że Berlin komunikacyjnie to raj dla rowerzystów: dużo wypożyczalni rowerowych, własne pasy na jezdni! dla rowerzystów i atmosfera wzajemnego zrozumienia wśród uczestników ruchu :)



Sentymentalne podsumowanie: Berlin po prostu trzeba zobaczyć. Trzydniowy pobyt w Berlinie to dość optymalna propozycja, ale pozostaje niedosyt i już dzisiaj wiem, że na pewno tam wrócę.

Natalia

wtorek, 28 lipca 2015

Go South!



Wśród kolorowych magazynów z reklamami drogich perfum, z wyretuszowanymi paniami na okładkach, poradników kulinarnych z tysiącami przepisów na dania do zjadania i do oglądania, pośród przeróżnych czasopism z naszej bibliotecznej półki najbardziej lubię Świerszczyka. Dwutygodnik dla dzieci w wersji wznowionej, który zaskakuje i za każdym razem kiedy pojawia się nowy numer wywołuje uśmiech na twarzy za sprawą zabawnych ilustracji i bogatej, mądrej treści. Jest w nim mnóstwo inspiracji dla dzieci, dla rodziców, dla nauczycieli i wreszcie dla bibliotekarzy, a dla tych szalonych bibliotekarzy, to na pewno wielkie źródło szalonych pomysłów. W naszej pracy Świerszczyk pomógł nam nie raz. Twórcy tego magazynu zasługują na duże uznanie! Dla mnie, osobiście, czasopismo to, to podróż do dzieciństwa. Ta część dzieciaka która we mnie została jest bardzo uradowana czytając te zawiłe rymowanki i oglądając fantazyjne ilustracje. Ostatni numer od razu wzbudził mój entuzjazm, bo na okładce latająca koza nad szczytami gór! Kiedy ja właśnie chciałam napisać coś o górach, kiedy zatęskniło mi się za chłodnym, górskim powietrzem, za pejzażem pofalowanego i postrzępionego horyzontu, za wilgotnym skalnym dotykiem, za lekkim wirowaniem w głowie kiedy patrzy się w dół, za przyspieszonym biciem serce na szlaku za szemraniem wody w strumieniu…
Szrenica







Pod Strzechą Akademicką
Mogłabym wymieniać i wymieniać…miłośnicy gór wiedzą o co chodzi. Jest ich na pewno wielu, tych co przemierzają górskie szlaki na całym świecie wzdłuż i w szerz. Ja natomiast, szczególnie kocham nasze, polskie góry, które wcale nie kończą się na Zakopanem i Karpaczu. Zachęcam każdego do poznania zakamarków różnorodnych terenów górskich, które w większości zajmują południowy kraniec Polski. W moim przypadku miłość do gór rozpoczęła się wcześnie w dzieciństwie w Karkonoszach, do tej pory pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie wieczorny widok Kotliny Jeleniogórskiej przez okna groszkowego malucha zjeżdżającego z Przełęczy Okraj. Potem zachwycałam się już każdą stromizną, każdym pochyleniem terenu, skalistym zboczem, tryskającym wodospadem. I pokochałam wędrówki po karkonoskich szlakach, potem Tatry, Góry Izerskie, Stołowe, Kotlina Kłodzka. 

Wodospad Szklarka
Góry piękne są o każdej porze dnia i nocy, wiosną, latem, zimą a zwłaszcza jesienią. W Górach Izerskich można w nocy obserwować gwiazdy na niebie nie zaśmieconym nadmiarem sztucznego światła, można zjeść pyszne naleśniki z jagodami nocując w Chatce Górzystów, magicznym miejscu, na Hali Izerskiej, gdzie zazwyczaj hula wiatr a w środku można ogrzać się przy kominku. Wśród regałów z książkami które podpierają prawie każdą tam ścianę przechadzają się koty i psy bardzo sympatycznych, gościnnych właścicieli. Karkonosze urzekają różnorodnością szlaków, które poprowadzą w otuloną zboczami dolinę małego i wielkiego stawu przy schronisku Samotnia lub w górę ku Śnieżce gdzie we włosach tańczy wiatr a pod stopami przepastne przestrzenie. Góry Stołowe goszczą nas w swoich korytarzach między skalnymi formacjami Szczelinca i Błędnych Skał. Tatry, ah! Zapierają dech w piersiach…Wiele miejsc chciałabym jeszcze zobaczyć dlatego wciąż często będę odwiedzać polskie góry.


Pod Giewontem
 Dla mnie góry mają coś magicznego, nie potrafię nawet tego do końca wytłumaczyć, może zacytuję fragment świerszczykowego wierszyka autorstwa  Natalii Usenko:

Ten z was, kto w górach nie był ani razu,
Może powiedzieć:
-To kupa głazów!
Góry? To bura kamieni fura!
Jest strasznie nudna. Trochę ponura.

Bo skąd ma wiedzieć, że to są czary?
Że tam po deszczu mgliste opary
Powstają z dolin jak armia duchów,
Tak piękne że aż coś ściska w brzuchu…
Że w górach, w ciemnych grotach pod ziemią,
Na swoich skarbach smoczyska drzemią?
A ten kto wejdzie na sam szczyt góry,
Zobaczy z bliska słońce i chmury?
A kiedy zejdzie, nawet po latach,
Wie, że stał kiedyś na szczycie świata?(...)

Krysia
Chatka Górzystów


poniedziałek, 6 lipca 2015

Berlin, Berlin.....


Miasto niezwykłe. Przekonałam się o tym w końcu, na własnej skórze, spędzając weekend w rzuconej nie daleko, tuż za miedzą, stolicy Niemiec. To że jest niezwykłe już nie raz wcześniej słyszałam. Śpiewano też o tym w piosenkach, pisano w książkach, kilka magicznych obrazów z kręconych tam filmów zapadło mi szczególnie w pamięć, a zwłaszcza z filmu Wendersa Niebo nad Berlinem. Może właśnie magia opiewanego miasta tak mnie przyciągała, ale jego niezwykłość to przede wszystkim historia….Po krótkim pobycie, Berlin magnetyzuje mnie jeszcze bardziej. Najbardziej urzekła mnie jego przestrzeń poprzeplatana zróżnicowaną architekturą – nowoczesne biurowce w towarzystwie renesansu i baroku…podoba mi się to pomieszanie – futurystyczne bryły w kontraście z zrównoważoną architektura klasyczną. Urzekło mnie też to, że dla rowerzystów wydzielony jest specjalny pas na jezdni, oraz wiele udogodnień dla tych którzy poruszają się po Berlinie na dwóch kółkach! Urokliwe miejsca, tłoczne bulwary, rozświetlona nocą Brama Brandenburska, kolejka miejska, z okien której pięknie widać miasto, brzeg Sprewy i pozostałości muru berlińskiego z namalowanymi obrazami, hasłami o wolności, równości i tolerancji…Bogactwa berlińskich muzeów, które fundują dalekie podróże w czasie…wszystko to zaostrzyło tylko mój apetyt na Berlin, by wrócić tam na dłużej i zobaczyć więcej…
Wśród naszej czwórki biegającej po Berlinie była też szalona bibliotekarka, którą niejako wywołuję tutaj do tablicy! Aha! Tak, tak, niech sama opowie jak jej się widzi Berlin, bo zapewne każdemu widzi się inaczej. Obraz jaki widział się mnie – dopełnią zdjęcia.
Muszę jeszcze dodać że jak na szalone bibliotekarki przystało, miałyśmy w planach odwiedzić tamtejsze biblioteki, niestety w związku z małą ilością czasu, nie udało się to, co tym bardziej zachęca do powrotu.

Krysia

















wtorek, 30 czerwca 2015

Recenzuję, a co mi tam…!


Jest mnóstwo książek, które chciałabym kiedyś przeczytać. Jest też mnóstwo książek, które już przeczytałam. Niektóre warte polecenia, inne trochę mniej. Jak pisał niegdyś Albert Camus – „Nie można być autorem dla każdego” i to prawda. To, co może podobać się mnie, nie znaczy wcale, że spodoba się i Tobie. Książka, o której chcę napisać to biografia połączona ze wspomnieniami, pt. „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”. Podobno nie ocenia się książki po okładce, ale w tym wypadku okładka zadziałała na mnie nieprzyzwoicie mocno! Dlaczego? Sama tego nie wiem…




Znajdują się w niej przede wszystkim treści listów (jak wskazuje sam tytuł) oraz telegramów, notatek. Są też zdjęcia Agnieszki Osieckiej
i Jeremiego Przybory, teksty ich piosenek, poezji.
Pomiędzy tekstem a zdjęciami przeplata się dwuletni romans dwojga poetów. Miłość tu opisana jest piękna, poetycka. Taka miłość zdarza się zbyt rzadko! To prawdziwa uczta dla duszy, dla serca – dla wszystkich zmysłów. I czasem tylko rumieńce mogą pojawić się na twarzy, ponieważ ma się odczucie, że zagląda się gdzieś, gdzie zajrzeć się nie powinno. 

„Przyprawiasz mnie o łzy,
jak to się zdarza - muzyce
Przyprawiasz mnie o sny
Orfeusza o Eurydyce
Przenikasz mnie, jak wiatr
sierpniowy - drzewo
Otaczasz mnie, jak świat otacza niebo
I jesteś wciąż przeze mnie
Niedośpiewanym śpiewem -
chcę Cię nazwać tak pięknie,
że, jak cię nazwać, nie wiem…”
[Tekst zapisany przez Jeremiego w kalendarzu Agnieszki z 1964 r.]


Książka, do której się wraca. Miłość, którą się odczuwa. Czas zatrzymuje się w miejscu. I cóż tu więcej pisać, gdy przy tych dwojgu słów brak?...


źródło: Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy...



źródło: Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy...





źródło: Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy...



Gorąco polecam!
Agnieszka


P.S. Do książki dołączona jest płyta z audiobookiem czytanym przez Magdę Umer i Piotra Machalicę. Polecam jednak samodzielną lekturę – jakoś tak wszystko lepiej można zrozumieć, lepiej zinterpretować, odczuć na własnej skórze...

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Nowa jakość ciszy



 
Są takie chwile w życiu bibliotekarza, że nadmiar cyfr powoduje zaburzenia wzroku a palce przestają trafiać w odpowiednie klawisze kalkulatora i okazuje się jakimś cudem, że 2 +2 = 5 a litery alfabetu złośliwie zmieniają kolejność. Chwytamy nerwowo za ucho kubka i zaglądamy do środka – pusto, kawa dawno się skończyła…Pora zatem przerwać na chwilę ten maraton liczenia, zaparzyć nową kawę i…usłyszeć coś innego niż stukot kalkulatora i szmer suniętego po papierze ołówka…ale co? Muzyka! W bibliotece? Nie łatwo jest znaleźć tło muzyczne do pracy, tak by nie przeszkadzało, nie drażniło, nie zagłuszało i nie płoszyło czytelników – niestety ciężki metal odpada ( ku mojemu ubolewaniu).


Jak wiadomo cisza to słowo, które przywarło dość mocno do biblioteki, dawniej ciszę trzeba było zachować obowiązkowo, rygorystycznie i bezwzględnie, teraz jest nieco inaczej. Biblioteka jest troszkę inna niż kiedyś, ciągle się zmienia, tak jak świat wokół, jak nasi czytelnicy. Ci którzy szukają spokojnego, wygodnego miejsca by w skupieniu uczyć się i czytać, odnajdą je w naszej bibliotece, lecz jest tu miejsce i czas także na rozmowy, dyskusje, emocje…często też na zabawę, bywa że przestrzeń w naszej bibliotece wypełnia zgiełk i wrzawa dziecięca. Lubię patrzeć na niepohamowaną radość i zachwyt dzieci, które nagle znalazły książkę o swoim ulubionym bohaterze, lubię słuchać kiedy z zapałem i przejęciem opowiadają o tym, jak im minął dzień. Myślę sobie wtedy, że tego bezpretensjonalnego sposobu postrzegania świata moglibyśmy się uczyć od naszych najmłodszych miłośników literatury. Mówienie szeptem i chodzenie na palcach wśród regałów nie jest konieczne, nie trzeba też zawsze hamować ekspresji emocji, warto jednak zwrócić uwagę, kto oprócz nas korzysta z biblioteki i uszanować także potrzeby innych.


Jednym hałas przeszkadza w skupieniu, innych drażni martwa cisza…Ja sama jestem miłośnikiem muzyki, nie ukrywam też że głośne jej słuchanie sprawia mi najwięcej przyjemności. To niezdrowe - niezaprzeczalny to fakt! Szkodzi na słuch lecz na skumulowane złe emocje gdzieś we mnie działa jak cudowny lek! Na tysiące różnych ludzkich nastrojów i humorów mamy miliony odpowiednich temu piosenek, które załagodzą wszelkie troski, rozładują napięcia, ukoją smutek, dadzą upust euforii, wyrzucą z nas gniew… Chyba, gdyby było to możliwe, zamiast leków, na receptach wypisywałabym tytuły piosenek, np. „Na jesienną depresję – album Rhythms del mundo – nieprzerwanie raz dziennie, zażywać przez tydzień”


W chwilach twórczej niemocy, w naszej bibliotece mamy zawsze w zanadrzu swoisty lek na tę specyficzną dolegliwość, a jest nim muzyka niezwykłego duetu z Norwegii Kings of Convenience. Włączamy cichutko ich ostatni, nasz ulubiony album, i nagle serce zaczyna miarowiej bić w rytm delikatnej bossa novy. Królowie wygody to dwójka muzyków, którzy łączą harmonijnie swe subtelne głosy do akustycznego akompaniamentu gitar. Spotkali się w wieku 11 lat w Bergen, pod nazwą King of Convenience zaczęli tworzyć w roku 1999. Wydali 4 albumy, Declaration of dependence to ich ostatni album. Ich muzyka działa kojąco i przywołuje mi w pamięci obrazy rozkwitającej wiosny, a spokojne kompozycje gitarowe wcale nie usypiają, dają wytchnienie, ale i pozytywny impuls do kolejnych szalonych pomysłów. I nagle z monotonii liczenia wybawiają nas te delikatne dźwięki a przyjemny rytm niesie ze sobą słońce z południowych krain…zachęcam każdego do tej wykwintnej uczty muzycznej jaką fundują nam panowie z Kings of Convenience. Jest bardzo inspirująca i relaksująca zarazem, pomaga skupić myśli i zachęcić mózg do kolejnej liczbowej gimnastyki oraz sprawia, że podrygując nieco odkładamy zwrócone świeżo przez czytelników książki na odpowiednie miejsce…


Muzyka i biblioteka to całkiem niezły duet, bo muzyka potrafi też być ciszą, a cichy to inny głośny….a na naszej wiekowej lecz nie tracącej koloru wykładzinie dywanowej można sunąć tanecznym krokiem między regałami książkowymi, niesłyszalnie, niepostrzeżenie…


Krysia

poniedziałek, 25 maja 2015

Być, albo nie być - oto jest pytanie


O czym pisać, kiedy masz pustkę w głowie? Albo wręcz przeciwnie... kiedy masz tyle myśli na raz, że nie wiesz, którą najpierw przelać na papier? Która lepsza, która ważniejsza, która ciekawsza...?
Jednak, może dziś będzie... o Was – Drodzy Czytelnicy!
Dlaczego o Was? Bo bez Was biblioteki pewnie by nie istniały. Biblioteka bez czytelników, to biblioteka bez książek – no bo właściwie dla kogo miałybyśmy je zamawiać? Bez czytelników nie mogłybyśmy robić statystyk odwiedzin, statystyk wypożyczeń, statystyk przeczytanych gazet i czasopism (zarówno na miejscu, jak i na wynos). Nie mogłybyśmy też zapisywać ilości udzielanych informacji, ilości wyszukanych książek popularnonaukowych. Dla kogo miałybyśmy organizować spotkania autorskie, imprezy kulturalne, wystawy, pogadanki, konkursy, półkolonie i (uff) wiele, wiele innych wydarzeń? Z kim wymieniałybyśmy poglądy na temat przeczytanych książek, i wreszcie – dla kogo miałybyśmy się starać?
Przychodziłybyśmy do pustych miejsc. Zaraz, zaraz. Przecież wtedy, nie byłoby nawet tych pustych miejsc. Nigdy by przecież nie powstały. Bez odbiorców, nie byłoby kultury!!! Nie byłoby zatem ważnych dzieł, felietonów, reportaży, twórców, muzyki, tancerzy, fotografii, filmu i wielu jeszcze ważnych rzeczy. Nigdy nie poznalibyśmy naszych korzeni, nie poznalibyśmy dorobku społeczeństwa, nie byłoby uczestnictwa w życiu i nie byłoby nauki …

Zatem - Drodzy Czytelnicy. Dobrze, że jesteście, że mamy książki i możemy je dla Was zamawiać; że każdego dnia możemy wyszukiwać dla Was przeróżne informacje, że rozmawiacie z nami, że dzielicie się opiniami o przeczytanych książkach, artykułach, ale nie tylko. Opowiadacie o ciekawych miejscach, które zwiedziliście. Mówicie o Waszych pasjach, pomysłach na życie, wypróbowanych przepisach. Wspominacie o swoich rodzinach, dzieciach o pięknych lub smutnych chwilach. A my? Staramy się dla Was, przede wszystkim być. Nasze biblioteki są zawsze dla Was otwarte a każdego dnia staramy się Wam to pokazać...

Agnieszka

czwartek, 21 maja 2015

Zamiast wstępu... czyli o tym, jak tak naprawdę wygląda nasza praca

Często słyszymy – biblioteka, oaza ciszy i spokoju, ciepło tam pewnie macie i mało pracy. Chciałoby się dopowiedzieć – gdy nie ma czytelników, nic się nie dzieje, zupełnie nic, słychać to słynne brzęczenie muchy, bzzzz… No cóż, z jednej strony trzeba przyznać rację, w naszej bibliotece faktycznie tak to wygląda, do czasu… pierwszej kawy :) Potem otwieramy nasze magiczne zeszyty i zastanawiamy się, który z kolejnych „szalonych” pomysłów wcielić w życie. Dlaczego szalonych? i dlaczego w ogóle wcielać? Na początku jest: POMYSŁ-idea-oklaski, następnie euforia/fajerwerki, potem zaczynamy liczyć, liczyć, liczyć… i uświadamiamy sobie „to się nie uda, nie mamy takiego budżetu, tylu ludzi, takich narzędzi, takiego sprzętu”. Druga kawa i zaczynamy szukać alternatywnych rozwiązań: „a może zrobić to własnoręcznie, wykorzystać makulaturę, poszukać darczyńców, jeszcze raz przeliczyć budżet, przeszukać magazyn, samemu coś upiec, przeszukać warsztat taty (muszę w końcu zwrócić mu ten młotek i odkupić gwoździe…). Burza mózgów trwa, a w tym samym czasie: wypożyczamy książki, opracowujemy nowe, zamawiamy nowości, uzupełniamy kronikę, stronę internetową, facebooka, dzwonimy do czytelników w sprawie zamówionych książek, rozliczamy wnioski, piszemy nowe, para buch, koła w ruch! Po trzeciej i czwartej kawie niemożliwe staje się możliwe (kto pożyczy magnez z potasem?). Teraz odpowiedź na drugie pytanie: dlaczego? Bo wokół nas jest mnóstwo inspirujących ludzi – których warto poznać, książek – które warto przeczytać i pomysłów – które warto zrealizować; a biblioteka to dla nas przede wszystkim miejsce spotkań, wymiany poglądów, dzielenia się pasjami. W naszej małej bibliotece – kuźni pomysłów, staramy się nieustannie promować książki i samą sztukę czytania w przeróżny sposób, poprzez grę, zabawę, wspólne spotkania, działania, akcje, wydarzenia. Robimy wszystko od początku do końca same (choć przyjacielska, pomocna dłoń nie raz okazała się niezastąpiona), przed pracą, w trakcie pracy, po godzinach. Dlaczego? Hmm są różne teorie ;) ale nie będziemy już dłużej ukrywać, że to po prostu kochamy, nasza praca to nasza pasja, wkładamy w nią całe nasze szalone biblioteczno-socjologiczno-polonistyczno-kulturoznawcze serce…, w sumie to trzy serca, jedno by tego nie wytrzymało ;)